Ugotowani Rzeszów

Pewnego pięknego dnia, dzwoni do mnie standardowo „obcy numer”. Każdego dnia wymieniam od kilku do nawet 80 połączeń, więc żadna nowość. Okazało się, że trójka moich znajomych zasugerowała mój udział w programie, bo doskonale wiedzą, że gotować, po prostu nie gotuję. Co rzecz jasna miało być zabawne. Po krótkim wywiadzie prze telefon, z założeniem, że nie mam szans się dostać do programu, oznajmiono mi, że jednak przyjeżdża do mnie ekipa sprawdzić jak się czuję przed kamerą. Było bardzo zabawnie i „kolorowo”. Zapominając o castingu, żyłam, pracowałam dalej, jakby nigdy nic, a tu nagle telefon, „Aniu dostałaś się do programu”. Nie zastanawiając się odpowiedziałam „mam się cieszyć  czy płakać”, co chyba nie spodobało się osobie po drugiej stronie połączenia. I tym sposobem wzięłam udział w programie UGOTOWANI, którego premiera miała miejsce 5 marca 2017 na antenie TVN. To było niesamowite doświadczenie i ogromne przedsięwzięcie! No i oczywiście ogrom zabawy!

Kogo szukają do programu?

„Nie szukamy profesjonalistów, to nie „Master Chef” – mówi Piotr Kalisz z redakcji „Ugotowanych” w TVN. – Chodzi nam o to, aby znaleźć kogoś z pasją, energią, ciekawą osobowością, charyzmą. Nasz uczestnik powinien być barwną postacią i mieć dystans do siebie oraz mieć coś ciekawego do powiedzenia Rozpisywać się nie będę, ale wnioski nasuwają się od razu, mega dużo pracy, jeszcze więcej nagrań a z tego wszystkiego szybki odcinek przerywany reklamami. – skoro mnie przyjęli tzn, że w kanon się wpisuję 🙂 Kamera, a raczej aż cztery, swoiście powodowała totalne spięcie i odnosiłam wrażenie, że nie do końca towarzysze, jednak,  byli sobą.

Pierwsza kolacja, trudna czy trudna?

Moja kolacja przypadła jako pierwsza w udziale, co mi, osobie niegotującej, nie przypadło do gustu. To ja musiałam pracować z dopiero co poznanymi ludźmi z obsługi i jeszcze ugościć (choć się na tym nie znam) zupełnie obcych mi ludzi. Pierwsze wrażenie total spina…. trzeba było zastosować znieczulenie w postaci domowej roboty nalewki. I zaczęło się, nic mi nie wychodziło, wszystko poszło nie tak, a towarzysze, w moim odczuciu, zaczęli się sprzedawać do kamer. Ja robię to i tamto i lubię to i tamto ok, można się poznać, ale nie spodziewałam się, że nikt nie pozna gospodarza. Fakt, pierwsza kolacja to totalna masakra i uczestnicy są, trochę niesprawiedliwie oceniani. W moim przypadku jednak oceniano gotowanie, co nie wróżyło od startu zbyt dobrze. Uczestnicy kolejnych kolacji jednak okazali się być na wizji totalnie nie z mojej bajki. Atmosfera powściągliwości i zachowawczości, znacznie mi się udzieliła i jako osobą zwykle wygadana, roześmiana, w programie na taką nie wyglądałam. Moja atrakcja została mi zasugerowana, że to jest coś czego jeszcze nie było. I tym sposobem odbyliśmy warsztat sensoryczny, gdzie, choć na chwilę, przenieśliśmy się w świat dziecka. Uwielbiam łamać schematy, być kontra wielu kwestii, co chciałam pokazać na warsztacie. Opór przed wsadzeniem rąk w mąkę? zalanie ich barwnikiem? W głowie myśl, że wrócę z niebieskimi rękoma do domu. Szybka zabawa i kolejna rzecz…. „ściągać skarpetki”. Żebyście widzieli te miny. Tak samo często reagują starsze dzieci na moich warsztatach. Presja kamer sprawiła, że jednak nikt nie odmówił 🙂 i pochodziliśmy po dywanie sensorycznym, a sprzątania było na 2 dni.

Już po wszystkim

Gdy na tle bałaganu nagraliśmy set podsumowujący, uświadomiłam sobie, że najgorsze za mną, czas na zabawę :). Bałagan był jakby tabun ludzi przeszedł przez kuchnię, a nie że odbyła się kolacja na cztery osoby. Kulturalnie sobie wstajesz, masz wolne, czekasz na informację, kiedy przyjadą po Ciebie. Jedyne co masz do ogarnięcia to w co się ubrać i wyrobić się na czas. Jest sms, wsiadasz w taxi i nie wiesz, gdzie jedziesz, rzecz jasna oficjalnie bo się przecież domyślasz. Godzinka podpinania mikroportów, rozmowy w oczekiwaniu na tematy różne i dostajesz sygnał, że to już. Siadasz do stołu i zaczyna się dziać. Patrzysz, że pięknie zastawiony stół, a ty się nie popisałaś, ładnie pachnie, a u ciebie bywało różnie, wszędzie porządeczek, a u ciebie total bałagan. No ale nic, zaczynasz jeść. Ja to się nie znam na tym całym gotowaniu, nie odnajduję w tym przyjemności, a najlepiej smakuje to co podadzą pod nos i sama nie musiałam robić. I nadchodzi chwila, kiedy ziszczają się najgorsze oczekiwania. Owoce morza, gdzie zupa na ciebie patrzy i masz wrażenie, że żyje własnym życiem hasło „szacun, że to w ogóle jecie”. Koszmar z dzieciństwa? wątróbka, a konkretniej Bambi (mała Disney’owska sarenka) o smaku wątróbki. Pracuje z klientami, którzy niejednokrotnie mają problemy z pasożytami od krwistego mięsa, a na stole ląduje polędwica, różowa w środku. Smakoszem to ja nie jestem, a oceniałam atmosferę, osobowość, nie gotowanie. Organizatorzy utwierdzili mnie w przekonaniu, że to program o ludziach, a nie o gotowaniu. Wzięłam to sobie do serca. Potem było już coraz lepiej.

Program był dla mnie przygodą, doświadczeniem.

Z natury Caocha wynika obserwacja, zadawanie pytań i tak właśnie to wydarzenie potraktowałam, jako wspaniałe doświadczenie, które wykorzystam nie raz na scenie, w prelekcjach itd. Wachlarz emocji, rozmowy miedzy nagraniami to właśnie to, dlaczego wszyscy powinniśmy próbować swoich sił w programach tego typu. Myślę, że fakt nieumiejętności gotowania w moim przypadku sprawił, że to były ciekawe, a nie stresujące 5 dni :). Co by nie było powtórzyłabym to jeszcze raz…. A razem ze mną, na szklanym ekranie, wystąpił Maciej Rząca, który był wiecznie uśmiechnięty i według mnie wygląda jak włoski lovelas, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, Kasia Bober, specjalistka od słodkiej Belgijskiej Czekolady oraz zwycięzca odcinka Grzegorz Barłóg, którego jako pierwszego obdarzyłam sympatią i dobrze sobie w odcinku grandziliśmy. Swój pozna swego.